hasło:
zapamiętaj
Podróże
Hunter 34

Rozdział 1. Postanawiam kupić prawdziwy jacht morski.
 

Tak naprawdę, to nie bardzo wiem, kiedy zaczęła się ta moja historia.

Może, jak się tylko urodziłem pod znakiem STRZELCA, który trzyma w swojej opiece podróżników, żeglarzy i innych różnej maści i autoramentu obieżyświatów;
Może, pomimo, że urodziłem się na głębokich kresach PRLu; jak po przeczytaniu kilkudziesięciu książek żeglarskich, zacząłem interesować się żeglarstwem oraz rejsami jeziorowymi i morskimi;
Może, jak zacząłem studiować w Wyższej Szkole Morskiej w Gdyni i gdy popłynąłem w swój prawdziwy pierwszy rejs na transatlantyku STEFAN BATORY a zaraz potem w miesięczny rejs żeglarski na s/y SAGITARI po portach Europy Zachodniej;
A może, i na pewno, tak naprawdę każda z tych historii w całości i w małych cząstkach była przyczyną, powodem i skutkiem mojego nieustającego pociągu do przygody z ogromnym oceanem w tle.
 
Pamiętam też, że całe swoje dorosłe życie byłem właścicielem jakiegoś pływadełka.
 
  • Pierwszym moim urządzeniem wodnym była 2,5 mb mała łódź żaglowo-wiosłowa BRATEK, wyposażona w składany aluminiowy maszcika na nim tylko jeden czerwony żagielek. Łódkę natychmiast zacząłem przebudowywać; dołożyłem jej bukszpryt, białego foka jako drugi żagiel a także wzmocniłem uginający się pokład, aby nawet dorosłe osoby mogły bezpiecznie pływać po małym jeziorkach na Kaszubach. Pierwszy rejs po rzece Trzebiocha i jeziorze Żołnowo wprawdzie udał się, ale wielkie uczucie niedosytu prędkości, dzielności jachtu i możliwości pływania dwuosobowego - z dziewczyną (obecnie moja pierwsza żona Marzena) pozostały.



  • Tak więc w kolejnym sezonie żeglarskim drogą kupna nabyłem zdeklasowany i mocno sfatygowany kadłub regatowego jachtu monotypowego klasy 470. To była zupełnie inna bajka. Szybko własnymi siłami dorobiłem jej maszt, olinowanie stałe i ruchome, a po kilku przyjacielskich wizytach w klubach żeglarskich w Gdyni kupiłem za „psi grosz” rumpel z przedłużką, ster i miecz drewniany które pozostały w klubach po złomowanych wcześniejszych łódkach. 470 służyła mi przez ponad 18 lat. W tym czasie dorobiłem do niej samochodowy wózek transportowy, wózek dowozowy do transportowania jej nad brzeg jeziora, przemalowałem i cały czas była to najszybsza łódź na naszym jeziorku i sąsiednich Rybakach i Sudomiu. W każdy wolny weekend i wakacje pływaliśmy po słodkich wodach do czasu, aż dzieci trochę podrosły i zaczęły mieć własne sobotnio-niedzielne i wakacyjne plany. Wreszcie cały ten majdan sprzedałem za 3500,- PLN i postanowiłem kupić pierwszy swój jacht, na którym można by ewentualnie spać i w czasie pływania np. wypić piwo.



  • Po długich poszukiwaniach i dywagacjach kupiłem istne cudo- sprowadzony ze Szwajcarii ponad 25 letni jacht kilowo-mieczowy wykonany w stoczni Dehler - 4 osobowy z silnikiem przyczepnym nadający się doskonale na całodzienne eskapady na duże jeziora. Jacht był na specjalnej przyczepie samochodowej i pomimo swojego wieku był bardzo udanym zakupem służąc nam przez prawie 5 lat. W tym czasie zacząłem pracować w Warszawie, a zaraz potem we Wrocławiu. Coraz częściej weekendy zamiast na ulubionych Kaszubach spędzałem w Warszawie i w zagranicznych podróżach. Jacht czekał na mnie cierpliwie, aż w końcu w 2004 r. zdecydowałem się go sprzedać. Nie była to łatwa operacja. Najtrudniej było znaleźć kupca zainteresowanego tą historyczną jednostką. Ale w końcu szczęście mi dopisało i sprzedałem jacht taksówkarzowi, który często woził mnie z lotniska do firmy, w której we Wrocławiu pracowałem. Pan Rysiu był wędkarzem, bardzo lubił wypoczywać nad wodą i tak stał się kolejnym właścicielem mojego DEHLERA. Wreszcie po jego sprzedaży przez 2 lata głównie w letnie wakacje czarterowałem jachty aby pożeglować po Morzu Śródziemnym, Karaibskim, Bałtyckim, po Jezioraku albo Wielkich Jeziorach Mazurskich.

  • W 2007 roku rozpocząłem realizację ciekawego kontraktu w okolicy Pasłęka z Polem Golfowym w tle. Tym samym bardzo zbliżyłem się do Zalewu Wiślanego i dróg wodnych Żuław i Warmii . Zaraz też pojawił się pomysł nabycia jakiegoś jachtu, który spełniałby wymagania żeglugi po wodach przybrzeżnych i osłoniętych Zalewu Wiślanego i Zatoki Gdańskiej. I tak stałem się właścicielem wspaniałej jednostki, której nadałem wdzięczną nazwę MARZENIE MARZENY o powierzchni żagla około 32 m2 i podstawowych wymiarach 8,00m x 3,00m x 1,40m. Dokonaliśmy rejestracji jachtu w PZŻ pod nr POL 7499, a jacht otrzymał stosowny CERTYFIKAT JACHTOWY i zatwierdzenie nazwy. Wprawdzie z jego wybudową i wyposażeniem walczyliśmy prawie 2 lata, ale w chwili jej sprzedaży właściwie była niezwykle funkcjonalną i użytkową. Miała szereg bardzo fajnych patentów i rozwiązań technicznych, a mogło w niej pomieścić się swobodnie 5- 6 osób. Przez 3 sezony pływania doskonale zwiedziliśmy wszystkie dostępne porty Zalewu Wiślanego, a najpiękniej zawsze było w Krynicy Morskiej i Fromborku. MARZENIE MARZENY teraz pewnie będzie cieszyć kolejnych jej właścicieli – mieszkańców Kaliningradu, bowiem to właśnie rosyjska prywatna firma nabyła jacht ode mnie. Miałem dalekosiężne plany użytkowania tej łódki także w rejsach morskich, zamontowania na niej silnika stacjonarnego i względnej poprawy stateczności, ale po krótkiej analizie kosztów i korzyści zdecydowałem się na sprzedaż MARZENIA MARZENY I zakup innej jednostki spełniającej z okładem moje zapotrzebowanie.



  • W tym też momencie, w 2011 r. a może trochę wcześniej zamarzyło mi się posiadanie jachtu morskiego, który będzie spokojnie pływał po Morzu Śródziemnym i Czarnym, dostarczając nam i naszym przyjaciołom radości i pociechy z opalania się i kąpieli w krainie Odysa i Penelopy. Oczywiście wcześniejsze 2 sezony żeglarskie w małej części spędziliśmy w większym gronie właśnie na Morzu Egejskim i Jońskim. To przesądziło, że pomimo panującego kryzysu greckiego żegluga w tych rejonach wydaje nam się 7 CUDEM ŚWIATA podobnie jak Kolos Rodyjski.
Smerfując po Internecie znalazłem ofertę sprzedaży jachtu morskiego – HUNTER 35, który wiekiem dorównuje mojej najstarszej córce OLI, a został wybudowany w 1985 r. w USA, na Florydzie. Dzisiaj nazywa się BZJ JACKSONVILLE N.C. i ma aktualne dwie rejestracje – polską i amerykańską. Może więc pływać pod gwiaździstą banderą amerykańską i naszą biało-czerwoną.
 




Sprzedający - wzięty ginekolog z Warszawy sprowadził BZJ do Polski w 2010 r. drogą morską, powalając nim przypłynąć przez Atlantyk znajomemu skiperowi Igorowi trochę pod żaglami i trochę na silniku. Dla potrzeb podróży zakupił zestaw urządzeń nawigacyjnych i elektronicznych map morskich oraz tratwę ratunkową i trochę dodatkowego sprzętu bezpieczeństwa i ratunkowego. Jacht dotarł do Polski w ciągu 3 miesięcy z postojem na Bahama, Azorach i w Hiszpanii, a o przygodach Igora podczas podróży opowiem może w innej opowieści. Dość, że po wyslipowaniu w 2010 r. w Pucku zamiarem właściciela było jego wyremontowanie i unowocześnienie wewnątrz, a potem pływanie po Morzu Karaibskim. Plany jednak chyba uległy zmianie i przez końcówkę 2010 r. i cały 2011 r. w jachcie wymieniono sklejkową podłogę , rozmontowano większość elektroniki i elektryki oraz witrynowe okna jachtowe nie montując w to miejsce żadnych innych. Jednym słowem, gdy pierwszy raz odwiedziłem jego wnętrze, to wiatr i deszcz hulał bezkarnie po ogołoconym z urządzeń i wyposażenia wnętrzu.

Jacht ten ma 34 stopy długości, 3,5 m szerokości i 1,60 m zanurzenia. Ma 7 wygodnych miejsc do spania i kilka amerykańskich rozwiązań funkcjonalnych wewnątrz. Był i jest wyposażony w klimatyzację, ma podobno mało używany silnik stacjonarny JANMOR 29 kM, i 63 m2 żagla. W jachcie powinno zostać wykonanych sporo prac szkutniczych, ale najpilniejsze jest zabezpieczenie go przed zimą. O szczegółowym stanie techniczno – eksploatacyjnym napiszę na kartach tej książki, a wówczas okaże się, czy faktycznie silnik jest taki wspaniały, klimatyzacja sprawna i inne urządzenia funkcjonalne i bezawaryjne.

Oferta cenowa jachtu obejmowała jego nabycie za cenę 89.000,- PLN z całym wyposażeniem i częściami posiadanymi przez właściciela. W wyniku umiarkowanych negocjacji stanęło na 80 tysiącach PLN i na dokładkę cena objęła przyczepę kempingową dwuosiową Hobby, dla zimowego przechowywania wyposażenia oraz transakcja na dobry początek objęła zakup tylko 50% udziału we własności jachtu.
Tak więc na koniec, a może na początek, pojawił się w mojej kolejnej żeglarskiej przygodzie JACHT, PRZYCZEPA KAMPINGOWA i WSPÓLNIK.
 
Pierwsze problemy organizacyjne pojawiły się po chwili. Podpisanie umowy kupna – sprzedaży trzeba było zaaranżować na działalność gospodarczą AMBER –DOM z przyczyn nie tylko podatkowych. Planowałem wykorzystanie jachtu do celów zarobkowych i wynajmowanie go na potrzeby kilkudniowych rejsów (ze skiperem lub bez) na Bałtyku i Morzu Śródziemnym. Umowa z podpisami notarialnie potwierdzonymi została zawarta 20 października 2011 r. w Warszawie (udało mi się wytargować opłatę notarialną na 120,- PLN brutto), a objęcie posiadania nastąpiło w Pucku w tydzień później. Na formalność przejęcia opieki nad jachtem nad morze przyjechał dr GINEKOLOG i Skiper IGOR . Rozmowy i przekazywanie obejmowało spotkanie z Kierownikiem HOM PUCK, który faktycznie i formalnie zimuje wyslipowaną łódkę, przekazanie kluczy od przyczepy kempingowej, przekazanie urządzeń przetrzymywanych dla bezpieczeństwa lub bieżących przeglądów w domach, tj. elektrycznej windy kotwicznej, kabestanów, kuchenki spirytusowej z piekarnikiem, urządzenia klimatyzacji i silnika przyczepnego do pontonu. Podczas oględzin dr przekazał mi też 4 okienka jachtowe dla zamontowania przed zimą oraz krótką informację o dotychczasowych wykonawcach i stanie robót przy remoncie kilo-balastu.

Pierwsze moje działania objęły zabranie z hangarów HOM PUCK wyposażenia jachtowego, a szczególnie tapicerki (materacy), których czystość i stan przechowywania pozostawiały wiele do życzenia. Przez kilka dni praliśmy z Marzeną niebieskie pokrowce, wymienialiśmy zamki błyskawiczne (stare skorodowały od soli w powietrzu atlantyckim), przeszywaliśmy guziki aż po prawie 2 tygodniowych zmaganiach zeskładowaliśmy je na poddaszu w Gdyni, gdzie bezpiecznie poczekają do wiosny.

Kolejnym krokiem było zamkniecie kadłuba przed zimą. Namówiłem zaprzyjaźnionych szkutników z Braniewa, aby poświęcili jedną niedzielę na takie prace i asystując im dzielnie wstawiliśmy 6 okien jachtowych, bowiem w tzw. Międzyczasie dokupiłem 2 brakujące okienka dla zamknięcia kadłuba przed zimą. Mam jednocześnie nadzieję, że okna będą prawdziwie szczelne i żadne zawieje i zamiecie nie wpędzą śniegu ani wilgoci do wnętrza jachtu. Dodatkowe 2 okna kosztowały okrągły 1000,- PLN brutto, a koszt prac szkutniczych Piotra i Marcina od DODY wyniósł 500,- PLN na szaro.

Przed sprzedażą MARZENIA MARZENY wymontowałem z niej radiotelefon morski (dar od przyjaciół z Warszawy) i zamieniłem na wymontowany z BZJ oraz zabrałem jedno darowane przez Zbyszka Gajewskiego koło ratunkowe a także 3 nowe – darowane przez przyjaciół kamizelki ratunkowe . Jak więc widzicie, nasi żeglarscy i nie tylko przyjaciele czynnie wspierają nasze plany żeglarskie, a my w zamian obiecujemy solennie, że zawsze będziemy pływać razem i to po różnych wodach morskich. Do grona naszych wiernych przyjaciół pewnie dołączy dr GINEKOLOG i może Skiper IGOR, ale o tym pewnie przekonamy się niebawem.

Kilka miesięcy temu wpadła mi w ręce podrzucona przez przyjaciół ciekawa książka GRECKIE POMIDORY, pisana przez Szweda i Polkę, którzy postanowili spędzić jesień życia opalając się w greckim słońcu, taplając się w ciepłym greckim morzu, zajadając greckie oktopusy, small fishe i oczywiście popijając greckie wino i przysłowiowe greckie pomidory. Oczywiście ze szwedzkiej perspektywy letni/całoroczny dom na wyspach greckich wygląda trochę inaczej niż z polskiego, gdyńsko-warszawskiego punktu widzenia. Z Marzeną postanowiliśmy nieco inaczej, acz równie ekscytująco spędzać na razie co najmniej 2 miesiące w roku na greckich, włoskich, chorwackich – ogólnie śródziemnomorskich wyspach, ale jako zwierzęta morskie stawiamy na razie na jachtowe rozmaitości i wspaniałości życia w długich i leniwych podróżach po LEWANCIE.
 
W pierwszym naszym morskim sezonie letnim 2012 r. mamy zamiar żeglować i eksploatować naszą BZJ (BARDZO ZGRABNY JACHT) na Zatoce Gdańskiej i po Bałtyku. Dopiero na koniec sezonu, a może wręcz wiosną 2013 r. przetransportujemy jacht na Morze Śródziemne i tam dopiero rozpoczniemy nasze GRECKIE POMIDORY.

Pewnego przedświątecznego dnia zabrałem ze sobą na oględziny silnika i wału maszynowego Starszego Mechanika – zawodowo opiekującego się silnikami morskimi i dowiedziałem się nowej prawdy. Silnik, zanim ktokolwiek będzie mógł go uruchomić powinien zostać dokładnie wymyty (wyropowany), Nie ma w nim filtra powietrza, a umocowanie zewnętrzne (wspornik wału śruby ) jest po uderzeniu o nabrzeże i nieudolnym prostowaniu niecentryczne i wymaga starannego prostowania, spawania srebrem i centrowania. Poza tym silnik jest wyjątkowo brudny i zapyziały. Pewnie ma też inne usterki, ale o nich pewnie dowiemy się dopiero po pierwszych próbach jego zastartowania.
 
strona główna | o nas | nasza oferta | edukacja | podróże | golf | Bałtyckie Centrum Transferu Technologii | KFE Europa | Expert F | Amber Dom | kontakt